SEX MORDERSTWO
Pokój hotelowy. Na podłodze krew rozbryzgana na każdym metrze. Od drzwi wyjściowych, do łóżka, a na nim również krew. Ona cała umazana w czerwonej mazi leży twarzą wbitą w poduszkę i się nie rusza. Cały podrapany patrzę na nią i ciężko oddycham. Z moich rąk kapie jucha… czy ona…
Od początku. Warszawa. Anka, ja i mój przyjaciel – Michał. Siedzimy w hotelu rozmyślając kto dziś wygra Wielki Finał Bitwy o Warszawę we freestyle`u. Dla tych co nie wiedzą – freestyle to pojedynek dwóch raperów na to kto komu lepiej pociśnie wymyślając wersy na poczekaniu. Liczy się błyskotliwość, charyzma i to czy lepiej zwyzywasz komuś dziewczynę… takie czasy. Nie oceniajcie, też byliście młodzi i jaraliście się czymś co dziś wydaje się żenujące. Wracając… ja i Anka walimy drugą kreskę, ziomal unika takich rzeczy więc jedynie co jakiś czas wali chamskim przytykiem. W sumie to gdyby umiał rymować to poszłoby mu całkiem sprawnie na bitwach freestylowych. Wbijamy do auta, ja prowadzę lekko naćpany i zjarany jointem. Pasażerowie mają zdecydowanie w dupie, że kierowca jest najmniej trzeźwy ze wszystkich. Dojeżdżamy na miejsce i patrzymy na kolejkę do klubu… jest długa jak mur chiński. – Kurwa mać, mówiłem ruszcie pizdy – Miki wyraźnie wkurwiony bo chciał wyjechać wcześniej. Kolejka posuwała się na szczęście w miarę szybko. W między czasie ktoś nas zaczepiał, krótka gadka, piwko, joint, kreska. Jesteśmy pod bramką, wbijamy. Sala zadymiona, ciężko się oddycha, muza napierdala, bas ścina głowę, a słów w puszczanych kawałkach nie idzie zrozumieć. Klasyczna impreza hiphopowa – dźwiękowiec nie istnieje. Tak to klasycznie – ci więksi wożą się w zwolnionym tempie żeby prężyć mięśnie przed laskami. Na te tępe faktycznie może to podziałać. Inni wystrzeleni jak Mesershmit, ktoś ledwo powstrzymuje bełta idąc do kibla a bar jest oblegany – czuć Hip-Hop! Też mnie już dobrze poczesało, nie mogę doczekać się pierwszej bitwy. Klasycznie, moja dupa gdzieś zaginęła, ja jej szukam, Michał ma nas w dupie i idzie zająć sobie dobre miejsce. Rozpoczyna się impreza! – Dobra, dobra, dobra, dobra! Twoja niunia to jebana kurwa bo wybuchłem w niej jak wulkan! – czy coś tam podobnego, nawija jeden z mc. Biją się między sobą na słowa, jest klimat, mi się podoba. Narkotyki podkręcają emocje do tego stopnia, że krzyczę „łooooooo!” na połowie nawijanych panczlajnach, nawet tych totalnie mizernych. Anka jara się tak samo jak ja, a mojego przyjaciela zastanawia to jakie to uczucie jarać się wszystkim dookoła. W końcu widzę na jego mordzie uśmiech. Jest konkretnie. W przerwie dalej pijemy i walimy ścierwo. Czas szybko mija, bitwy są konkretne, nadchodzi finał. Wygrywa lepszy, każdy się jara, ludzie podbijają po foty do występujących. My także. Później każdy się rozdziela. Ja freestyluje z jakimiś typami, Anka lata i szuka atencji, a Michał… w sumie nie wiem. W między czasie przecięliśmy się z ziomalami z poprzedniej bitwy i ustawiliśmy się później na After. – Dobra, dobra, jesteśmy pod telefonem!
W końcu znalazłem Ankę. Tak jak czułem, szukała atencji i bajerowała freestylowców. Lubi mnie podkurwić bo to jej sposób na podkręcenie mnie. Tyle, że buzują we mnie emocje. Tym razem grubo podkręcone mixem dragów, a kolejny joint wcale nie działał uspokajająco. Wracamy na hotel, jednocześnie chcę ją zabić i wyruchać, zerwać i być do końca życia. Nienawidzę swojej głowy… Anka chce iść dalej w melanż i dzwoni do ziomali z którymi się ustawialiśmy. Wkurwia mnie to jeszcze bardziej. Miki ewidentnie nie chce w tym uczestniczyć i mówi, że idzie spać. Jedziemy na hotel, atmosfera jest gęsta a trzeźwy kumpel ewidentnie nie ma już w dupie tego jak prowadzę. Czuwa. Udało się zajechać, on idzie do siebie i unika oglądania naszej nadchodzącej spiny. Anka widzi, że nie powinna mnie podkręcać, ale robi to celowo.
– Ja z nimi idę w balet, skoro nie chcesz iść to zostań. – z tym swoim durnym uśmieszkiem. Wie jak zadziałać mi na nerwy – przyjechałam się bawić.
– Wkurwiasz mnie – odpowiadam.
– W dupie to mam, przyjechałam się tu bawić! – sypie kreskę i… o dziwo uspokaja tym sytuację. Walimy. Czuję dawkę endorfin i kurewską chęć wyruchania jej.
– Dobra, możemy zostać w hotelu – nagle mówi zmieniając zdanie. Wie, że jestem nabuzowany jak skurwysyn i ciągnie kreskę.
Nawet nie wiem jak zaczęliśmy się pieprzyć, ale nagle jest na podłodze. Wierzga się jak pojebana a ja wciskam się w nią z całych sił zostawiając wielką malinkę na szyi. Drapie mnie po plecach w pewnym momencie do takiego stopnia, że nawet porobiony nie wytrzymuję bólu i puszczam ją z objęć. Wstaje i opiera się o stolik, a ja od razu biorę ją od tyłu. Jestem jak dzikie zwierze, a ona bawi się przednio. Wbijam ją w stolik, chyba wciągnęła kolejną krechę. Mam to gdzieś i robię swoje. Patrzę na jej zgrabne dupsko, a ono jest całe czerwone. Po nogach cieknie krew na podłogę, a mnie to napędza. Chcę więcej krwi jak na arenie. Podobają mi się jej blizny na plecach po operacji na płuca. Jest mega seksowna. Na chwilę odpłynąłem myślami, ale zwierzęcość wróciła mi po tym jak dynamicznie się odwróciła i maznęła mi pazurami po twarzy. Szarpię nią jak mięsem i rzucam z powrotem na ziemię. Kręci mnie to, że cieknie z niej jak z wodospadu. Mówi, że idziemy pod prysznic, chyba nasze myśli kontrastują. Ulegam nie wychodząc z niej nawet na sekundę. Prowadzę ją jak swoją dziwkę nadzianą na stojącego jak sztanga fiuta pod prysznic i puszczam wodę. Czerwień ścieka z nas tworząc scenę jak z horroru. Pieprzę ją ale pragnę rzezi. Wypadamy z prysznica, pieprzę ją w każdym zakątku pokoju. Nie wiem ile to trwa ale jestem na granicy euforii. Mieszanka wszelakich dragów połączona z ostrym jebaniem to coś co podoba mi się za mocno. Lądujemy na łóżku. Moje serce bije jak szalone, pieprzę ją z całych sił, a ona już nie wie co się dzieje. Przeorałem ją po całym pomieszczeniu aż w końcu poczułem, że zbliża się finał. Rżnę ją, widząc pustkę w jej oczach. Jest jak lalka, zużyta zabawka, w której nie ma grama emocji. Dochodzę intensywnie czując, że schodzi ze mnie wszystko. Euforia, gniew, radość, miłość, nienawiść… po prostu wszystko. Nie wiem co się dzieje i tracę świadomość.
Otwieram oczy.
Pokój hotelowy. Na podłodze krew rozbryzgana na każdym metrze. Od drzwi wyjściowych, do łóżka, a na nim również krew. Ona cała umazana w czerwonej mazi leży twarzą wbitą w poduszkę i się nie rusza. Cały podrapany patrzę na nią i ciężko oddycham. Z moich rąk kapie jucha… czy ona…



